środa, 5 kwietnia 2017

25. The End

Eric Mercer, czy jak kto woli David Horne został zatrzymany pod zarzutem dwukrotnej próby zabójstwa Isabelli Swan. Dodatkowo podczas śledztwa wyszło na jaw o wiele więcej jego przestępstw. Dopasowano odciski palców do niezamkniętych spraw policji. Dzięki zebranym materiałom dowodowym sąd nie wahał się przed wydaniem najwyższego wyroku – dożywocia. Jakby tego było mało, Mercer postanowił się do wszystkiego przyznać. Zrozumiał, że dwukrotne popełnienie błędu oznaczało, że nie nadaje się już do tej roboty i jest zbyt dużo dowodów udowadniających jego winy, by mógł się z tego wycofać.
William Bailey zginął podczas ucieczki przed policją. Jego zdjęcie podano w mediach i zadzwonił mężczyzna ze stacji benzynowej, gdzie Will tankował swój samochód. Policja z tamtego regionu szybko ruszyła w pościg, a także uzyskała wsparcie. Mężczyzna nie zauważył samochodu ciężarowego – a może jednak? – i wjechał wprost pod koła nadjeżdżającego pojazdu. To była śmierć na miejscu, tak jak w przypadku towarzyszącego mu Tylera. Bez dwóch zdań to William porwał swoją siostrę. W jednym z samochodów, które znaleźli w płonącym domu na polanie w środku lasu znaleziono w bagażniku krew nastolatki. Niewielkie ilości, bo ktoś czyścił bagażnik. Jednak nie na tyle skutecznie, by oszukać policyjnych techników.
Jeśli chodzi o ojca Williama, Michaela Coldwella, dostał dziesięć lat. Wiedział o przestępstwach swojego syna i mimo to go krył. Sąd nie zamierzał mu tego odpuścić. Szczególnie, że zginęło wiele osób, a mogło jeszcze więcej. Tak więc Michael został uznany za współwinnego przestępstw, których dokonał Bayley. Zanim ukończył się jego proces, Samatha Coldwell nie była już jego żoną.
Eric Smith wraz ze swoją żoną Lisbeth i synem Davidem przeprowadzili się do Londynu. Detektyw Cullen w duchu cieszył się z tego faktu, bo nie będzie musiał mieć do czynienia z człowiekiem, który tak łudząco podobny jest do swojego ojca. Do człowieka, u którego matka Edwarda wynajmowała mieszkanie. Do człowieka, który wielokrotnie krzywdził Elizabeth Mason.
Nastolatkowi udało się wybronić od więzienia. Sąd uznał, że wystarczająco wycierpiał i niekoniecznie działał z własnej woli. Dostał wyrok pięciu lat w zawieszeniu. Kilka miesięcy zajęło mu dojście do siebie po wydarzeniach mających miejsce po porwaniu. I na pewno do końca życia będzie nosił blizny i poparzenia.
Wraz z rodziną Smithów do Londynu wyjechała Samantha i Megan, która nie chciała rozstawać się ze swoim chłopakiem. Jej matka nie wiedziała czy to faktycznie ta prawdziwa miłość czy zauroczenie, ale chciała jej dać to czego nie dał jej ojciec. Wsparcie i zrozumienie. On chciał odebrać jej związek z Davidem a ona będzie jej kibicować. A potem pocieszać jeśli nie wyjdzie, bądź będą mieć kryzys. Zrobi wszystko, by jej córka uniknęła ponownego cierpienia. Najgorszy był fakt, że miało ono miejsce wyłącznie z winy Michaela. Dlatego Samantha nie mogła pozwolić by zbliżył się kiedykolwiek do Megan. Zamierzała chronić córkę i spełniać rodzicielski obowiązek.
Stacy Brickle nie potrafiła związać się z nikim na stałe. Chodziła na randki, uprawiała niezobowiązujący seks, ale nikogo nie potrafiła potraktować poważnie. Być może tak pozostanie na zawsze, bo nie potrafiła sobie wyobrazić  innego mężczyzny na miejscu Gregora, nawet pomimo upływu czasu.
Alice Brandon odwiedzała swoją przyjaciółkę, gdy tylko znajdowała chwile przerwy od pracy. Cieszyła się, że Isabelli nic nie jest. Wiedziała o całej sprawie i to bardzo ją martwiło, ale z czasem zaufała Edwardowi i wiedziała, że Bella jest w dobrych rękach. Poza tym czy można nie ufać mężczyźnie, który tak kocha i dba o swoje dziecko?
Co do samej Belli, miesiące zajęło jej odzyskiwanie pamięci, ale w końcu każdy element układanki wskoczył na swoje miejsce. Pamiętała jak poznała Williama, a jakiś czas później odnalazła w jego szafce dokumenty, które naraziły ją na tak ogromne niebezpieczeństwo. Odzyskała swoje dawne życie, jednocześnie nie rezygnując z tego, które zyskała po obudzeniu się w szpitalu z amnezją. Nie potrafiła odrzucić życia u boku Edwarda Cullena oraz jego syna. Kochała ich obu i wiedziała, że chce z nimi być, póki oni również będą tego chcieli.
Edward nadal prowadził działalność detektywistyczną wraz ze Stacy. Jego praca nie stała się ani trochę bezpieczniejsza, ale po sprawie Megan podchodził do wszystkiego inaczej. Więcej czasu spędzał z Ianem, a potem także i Bellą, która w ostateczności zamieszkała wraz z nimi. Po każdej zakończonej sprawie brał co najmniej dwa tygodnie urlopu, by móc być ze swoją rodziną – w tym także oczywiście z rodzicami.
Może historia Edwarda i Belli nie była jak z wielu powieści romantycznych. Nie wzięli ślubu po kilku miesiącach znajomości, nie powiększyli rodziny, choć kiedyś na pewno tak się stanie. Kiedyś też Isabella stanie się panią Cullen, lecz na wszystko przyjdzie odpowiedni czas. Najważniejsze było, że mogli być razem i się kochali.
Sami stworzyli swój happy end.

Dobry wieczór!
Jak pisałam pod poprzednim postem - kolejny post to Epilog. No i jest. Krótko zajęło mi jego pisanie, ale jeśli mam być szczera, jestem z niego zadowolona. Wiem, że nie każdemu może przypaść do gustu, ale mnie on satysfakcjonuje i tak musi być.
Początkowo, kiedy zaczynałam pisać tę historię, miał być ogromny romans. Takie Big Love, ale z czasem moje spojrzenie na amnesia-life uległo zmianie i z tego także jestem zadowolona. Może to nie jest prawdziwy kryminał. A w sumie to na pewno nie jest. To też nie zmienia faktu, że jestem zadowolona. To mój pierwszy blog 'na poważnie' i wyszedł tak, jak sobie tego później zażyczyłam w głowie. Bez Big Love.
Jeśli mam być szczera, czuję ulgę, że to koniec. Zaczynając rozdziały, pisało mi się naprawdę je łatwo i przyjemnie, ale chciałam już skończyć tę historię - i mam nadzieję, że nie wyszło mi na odwal się, bo tego nie chciałam. Chęć zakończenia nie oznaczała dla mnie, że pociągnę to dalej byle jak, jak potrafią to robić niektóre osoby. Nie. Chciałam to skończyć, ale skończyć jak należy nawet jeśli ten koniec miałby się przedłużyć.
Na koniec chciałabym jeszcze wszystkim podziękować za to, że ze mną byli i byli dla mnie wsparciem. Teraz będę tylko na Oblicze-prawdy, ale czy powstanie coś jeszcze, to zobaczymy. Nie wykluczam takiej opcji.

Ściskam i dziękuję,
Mrs.Cross!

niedziela, 5 marca 2017

24. Witamy w paranoi

Kiedy tylko zobaczyła mężczyznę po drugiej stronie drzwi, wiedziała z kim ma do czynienia. Nie było żadnego wielkiego Bum! ani żadne obrazy nie zaczęły się przewijać jej przed oczami, jak to bywa często na filmach. Nie poczuła też bólu głowy, który zwaliłby ją z nóg. Ona po prostu wiedziała, że mężczyzna stojący naprzeciwko niej jest tą samą osobą, przed którą uciekała. Był facetem, który do niej strzelił. Chociaż wcześniej miał blond włosy, a nie brązowe i nie miał już brody, nie miała wątpliwości. Ani na chwile się nie zawahała.
Nie kierowała w nią tamtej chwili chęć chronienia własnego życia. Wiedziała, że w salonie siedział Ian, który bawił się klockami rozrzuconymi na całej podłodze. Chciała chronić tego chłopca. W tamtym momencie własne życie obchodziło ją tyle co zeszłoroczny śnieg. Pewnie dlatego, że choć widziała tego chłopca zaledwie kilka razy, to już zdążył skraść jej serce.
Zatrzasnęła drzwi w ekspresowym tempie i rzuciła się w stronę salonu. Wiedziała, że ma zaledwie parę sekund, zanim facet wywarzy drzwi, albo też wybije okno. Złapała chłopca pod pachami i zaniosła go do spiżarni. W jej żyłach krążyła adrenalina, a wiadomo, że w takich momentach człowiek jest zdolny do wielu rzeczy, czasami również nieprawdopodobnych.
- Nie odzywaj się, kochanie – powiedziała, podając chłopcu szczeniaka. – I postaraj się by Chappie był cicho. Zamknij się od środka. Niedługo przyjdę. – To powiedziawszy, zamknęła drzwi spiżarni, chociaż nie była pewna czy będzie jej dane naprawdę wrócić do chłopca.
Usłyszała kroki i wiedziała, że jej czas się skrócił. Nie miała go już… wcale? Tak, to prawdopodobne. Wróciła do salonu w chwili, kiedy wchodził do niego ten mężczyzna, nadal mierząc do niej z broni. Przełknęła ślinę, czując rosnącą gule w gardle. Jej serce biło w szaleńczym tempie, a krew szumiała w uszach. Ku jej zaskoczeniu brunet opuścił rękę, w której trzymał pistolet i uśmiechnął się do niej, przez co zrobiło jej się niedobrze.
- Masz więcej szczęścia niż rozumu – odezwał się, a od jego głosu przeszły ją ciarki. – Jesteś jedyną osobą, której nie udało mi się zabić. Wcale się nie dziwię, że mi to zlecono. Sprawiasz tylko kłopoty, panno Swan.
Zrobił krok w jej stronę, a ona się cofnęła, co wywołało jego rozbawienie, a pomieszczenie wypełnił śmiech. Wskazał na nią palcem, coraz bardziej się do niej zbliżając. Nie miała już gdzie uciec, bo pod plecami poczuła gładką powierzchnię ściany. Zwilżyła językiem spierzchnięte wargi zastanawiając się kiedy zdecyduje się do niej strzelić. Zrobi to szybko? A może wręcz przeciwnie? Jeśli już miałaby umierać, wolała opcję numer jeden. Przynajmniej by nie cierpiała.
- Detektyw Cullen. Kto by pomyślał! Ależ te życie jest przewrotne, prawda? Myślałaś, że ci pomoże? Pewnie tak. Pewnie w zamian za pomoc poszłaś z nim do łóżka, co? W końcu wy wszystkie jesteście jedynie kurwami. – Wzruszył ramionami, mówiąc takim tonem jakby mówił o pogodzie. – Mógłbym strzelić między oczy. Wtedy zostałabyś na miejscu, ale cóż to byłaby za zabawa! – Przesunął lufą pistoletu po jej policzku. Poczuła chłód stali na skórze, od którego zrobiło jej się niedobrze. – Obiecałem sobie, że jeśli cię znajdę, będziesz cierpiała. Za to, że sprawiasz jedynie kłopoty.
Zamachnął się mocno, uderzając ją bronią w bok głowy. Od siły uderzenia zobaczyła przed oczami gwiazdy i upadła na podłogę. Odruchowo wyciągnęła przed siebie dłonie, amortyzując w ten sposób upadek.  Łupało jej w głowie i zdążyła jedynie spojrzeć na napastnika. Zobaczyła mrożący krew w żyłach uśmiech, a potem poczuła kolejne uderzenie. Tym razem silniejsze i bardziej bolesne. Mężczyzna kopnął ją w brzuch, aż zwinęła się w pół, wydając z siebie głuchy jęk. Walczyła sama ze sobą by nie zwymiotować.
- Pożałujesz, że się w ogóle urodziłaś – powiedział, kucając przy niej i zacisnął pięść na jej włosach, odchylając głowę w tył. – Mogę ci zagwarantować, że się bardzo nacierpisz. I tym razem nie przeżyjesz – wysyczał, pochylając się ku niej.
W przypływie odwagi, a może spowodowała to adrenalina, szarpnęła głową, uderzając w ten sposób czołem prosto w nos Mercera. Usłyszała nieprzyjemny chrzęst łamanej kości. Mężczyzna odskoczył od niej, dzięki czemu zyskała kilka bezcennych sekund.
Pomimo mdłości, bólu i silnych zawrotów głowy, zerwała się na równe nogi i pobiegła do kuchni. Chwyciła za nóż, leżący na szafkach, lecz niestety życie to nie jest film, gdzie wszystko się udaje. Gdyby tak było, odwróciłaby się na pięcie i wbiła nóż w ciało Erica, powalając go na kolana. Może znalazłaby jakiś sznur. W filmie na pewno byłby sznur. Może nawet tuż pod ręką. Potem zadzwoniłaby na policję bądź do Edwarda i wszystko skończyłoby się dobrze.
Niestety, nie żyła w filmie według scenariusza, który ktoś wymyślił. To było prawdziwe życie i owszem, udało jej się złapać za rękojeść noża. Ale nie dostatecznie mocno. Nagle znalazła się w powietrzu, a potem wylądowała na stole, by następnie spaść z niego na podłogę. Zobaczyła nad sobą bruneta, który kręcił na nią głową, przyciskając lekko stopę do jej mostka.
- Sprawiasz jeszcze więcej problemów, mała kurwo. Za to pocierpisz jeszcze bardziej. – Jakby na potwierdzenie swoich słów przycisnął stopę mocniej, na co sapnęła i starała się uwolnić, nie mogąc oddychać. – Nie zabije Cię jeszcze. Obiecałem dużo cierpienia.
Zabrał nogę i podniósł ją, zaciskając palce na szczupłym ramieniu. Oddychała szybko, krzywiąc się z bólu, gdy poprowadził ją do salonu. Tym razem uważał, by znów go nie uderzyła i nie miała kolejnej szansy na ucieczkę. Człowiek uczył się na własnych błędach. A już na pewno był tym człowiekiem Eric Mercer.
Poczuła jak szkło wbija jej się w skórę, gdy została rzucona na stolik, który rozbił się pod jej ciężarem. Dlaczego miała wrażenie, że to namiastka tego, co dla niej szykował? Może chodziło o jego uśmiech, pełen satysfakcji, gdy widział jak jej twarzy wykrzywia się z bólu? Bella była w stanie znieść wszystko, byle tylko nie dowiedział się, że nie jest sama w domu. Walczyła sama ze sobą by nie spojrzeć na drzwi do spiżarni, gdzie był chłopiec. Wtedy mógłby się domyślić, że tam ktoś jest. Udawało jej się wygrać, bo chodziło tu o bezpieczeństwo tego dziecka.
Zebrała w sobie siły i kopnęła go prosto w kolano, najmocniej jak się dało, przez co upadł. Wykorzystała to, ale tym razem nie na ucieczkę. Wbiła odłamek szkła w jego szyję, nie zastanawiając się tak naprawdę nad tym, co robi. Ale nie zrobiła głębokiej rany, bo szybko złamał ją za nadgarstek, wykręcając go pod takim kątem, że poczuła jak pęka jej kość – a także usłyszała. Krzyknęła z bólu, czując jak robi jej się słabo.
I chyba na moment utraciła przytomność, ale bardzo szybko otrzeźwiała, kiedy chlusnął jej zimną wodą prosto w twarz. Zakrztusiła się, bo część wpadła jej do gardła i spojrzała przez łzy na Mercera. Siedziała na krześle i zanim zrobiła chociażby mrugnąć, poczuła ostrze wbijające się w jej kolano, a pokój wypełnił jej krzyk. Zobaczyła krew, spływającą po nagiej skórze. I znów ból, gdy wyjął nóż. Dokładnie ten sam, którym chciała się bronić.
- Boli? – zapytał, wbijając nóż w drugą nogę, ale tym razem z jej gardła wydobył się tylko zniekształcony dźwięk, bo nie miała siły by znów krzyczeć.
- Pieprz się – wycedziła.
Nie zamierzała mu dać satysfakcji. Nie chciała się bać. Zamierzała walczyć do końca, a siłę do tego dawało jej to, że musi chronić Iana. Jeśli ten człowiek dowiedziałby się, że w spiżarni znajduje się mały chłopiec, zabiłby go. Nie miała co do tego wątpliwości. Nie będzie błagała go o życie, co pewnie tylko by go bardziej nakręcało. Nie da mu tego.
- Naprawdę z ciebie jest mała suka. – Pokręcił głową, wyciągając nóż i uderzył ją pięścią w brzuch, pozbawiając jej płuca powietrza. – Zerżnąłbym cię, ale nie jesteś w moim typie.
Przewrócił krzesło, na którym siedziała. Uderzyła głową o podłogę, ale to nie zrobiło na niej wrażenia. Bolało już ją bardziej w ciągu ostatnich paru minut.  I kiedy mężczyzna się zamierzał, usłyszał huk. Bella zesztywniała, bo odgłos pochodził… ze spiżarni.
- Kto tu jest, do kurwy nędzy?! – warknął, ruszając szybko w tamtym kierunku.
Tylko chęć ocalenia tego małego życia pozwoliła Belli stanąć na nogi, kiedy ten mężczyzna otwierał drzwi. Widziała wściekłość na jego twarzy, gdy wyciągał stamtąd Iana. Wyciągnął broń zza paska i wymierzył w chłopca. Brunetka szybko zareagowała, łapiąc chłopca w swoje ramiona i osłaniając go swoim ciałem, gdy padł strzał.
~*~
Bycie detektywem nauczyło go wiele. Na przykład tego, by przez cały czas obserwować otoczenie i zapamiętywać nawet najmniej rzucające się w oczy rzeczy. Była niepisana zasada, że musisz mieć oczy dookoła głowy. I to pewnie dlatego tamten samochód wydał mu się znajomy. Bo pamiętał, że go już widział. Szczególnie, że to Ian zwrócił uwagę na to auto, kiedy wracali od Esme, pokazując mu na żółtą uśmiechniętą nalepkę z okularami na zderzaku.
Edward szybko zwolnił, stając za czarnym samochodem. Sięgnął broń i powoli zjechał. Oczywiście, że to mogło być jedynie jego przewrażliwienie. Może ktoś przyjechał w gości do starszej pani Meredith Connolly? Detektyw odwiedził kilka razy kobietę, bo kiedyś poprosiła go o pomoc, więc gdy był w okolicy wpadał spytać czy czegoś nie potrzeba. Zawsze, gdy coś jej naprawiał, częstowała go ciasteczkami, które pakowała także dla Iana, oraz kawą. Podczas tych kilku wizyt dowiedział się, że pani Connolly jest rozwódką od kilku ładnych lat i ma dwoje dzieci, którzy nie utrzymują z nią kontaktu, nad czym bardzo zawsze ubolewała. Szczególnie, że nie miała innych krewnych. Cullen nie przypominał sobie, by ktokolwiek ją kiedyś odwiedził, oprócz niego samego i Iana. Chociaż mógłby to być listonosz. Tak, to wydawałoby się logiczne.
- Och, Edwardzie! – Starsza kobieta wyszła ze swojego domu, przed którym miała piękny ogród, gdzie rosło mnóstwo kwiatów. Natomiast za domem miała warzywnik, o który zawsze bardzo dbała. – Jak dawno cię tu u mnie nie było! Masz ochotę na ciasteczka?
- Witam, pani Connolly. – Uśmiechnął się delikatnie, podchodząc do ogrodzenia. – Czy ma pani gości? – Wskazał na czarne auto, które widział już wcześniej. Albo po prostu widział wcześniej inne czarny samochód z taką samą nalepką.
Kobieta popatrzyła na pojazd, marszcząc delikatnie brwi, aż w końcu pokręciła głową, na co Edward stał się jeszcze bardziej podejrzliwy.
- Nie. A któż miałby odwiedzić kogoś tak starego jak ja, Edwardzie? Moje dzieci, jedyna rodzina, wcale się do mnie nie odzywają. – W jej zielonych oczach zabłyszczały łzy, jak zawsze, gdy wspominała o nich, ale on wcale się nie dziwił. Takie zachowanie dziecka, które się wychowało i kochało, musiało boleć.
- W takim razie kto przyjechał? Widziała pani kogoś?
- Oczywiście! Wysiadł z samochodu mężczyzna. Brązowe włosy. Niższy od ciebie. Miał rękawiczki na dłoniach i brał jakąś torbę z tylnych siedzeń. A potem oddalił się w tamtą stronę. – Pokazała mu palcem, a on podążył wzrokiem w tamtym kierunku, czując ucisk w żołądku. – Miał ze sobą komórkę. Taką jak ty. No… z tym takim ekranem, co go dotykasz.
Pani Connolly mieszkała w miejscu, gdzie nic się nie działo. Nikt tędy nie jeździł, więc każdą obecność nieznajomego dobrze zapamiętywała, pomimo swojego wieku. I to w najdrobniejszych szczegółach. Co teraz okazało się być Edwardowi bardzo pomocne.
Albo po prostu był przewrażliwiony.
- Dziękuję, pani Connolly. Zostawię tutaj swój samochód, dobrze?
Nie czekając na odpowiedź odwrócił się i zaczął biec w kierunku swojego domu, gdzie była Bella i Ian. Adrenalina krążyła w jego żyłach, pozwalając biec szybciej niż zazwyczaj. Może wcale by nie zareagował na tą pieprzoną nalepkę, ale wiedział, z jakim towarzystwem zadawała się Bella Swan. I wiedział, że Williama jeszcze nie złapali. Co, jeśli przypadkiem dowiedział się, gdzie ona jest? I co, jeśli to on tu przyjechał? Albo ktoś z jego ludzi? Edward musiał tak myśleć, bo tego wymagano od detektywa. Rozważania wszelkich możliwości, sprawdzania ich. Bo jeśli coś się zbagatelizowało, nawet coś drobnego, mogło to kosztować kogoś życie.
Na przykład Iana i Bellę.
Trzymał broń, czując się w ten sposób choć trochę pewnym. Połączył się po drodze z Nickem Tremainem. Oczywiście uprzedził, że to może być jedynie jego durne przeczucie, dlatego Nick miał pozostać na linii i gdy usłyszy, że coś jest nie tak, wezwie posiłki pod adres, który podał mu Edward.
A gdy zobaczył otwarte szeroko drzwi i usłyszał krzyk z wnętrza domu domyślił się, że jego przeczucia były prawidłowe. Naładował broń i podbiegł cicho do ściany domu. Nie mógł wbiec od razu do środka, nie zorientowawszy się w sytuacji. Choć kosztowało go to wiele, bo zdawał sobie sprawę, że w środku jest jego syn. Syn, którego obiecał chronić ponad własne życie.
Ostrożnie wychylił głowę przez okno i zobaczył zakrwawioną Bellę leżącą na podłodze. Widział tylko jednego mężczyznę. Musiał ryzykować, bo każda sekunda była tutaj ważna. Mężczyzna miał broń. Edward miał tyle przewagi, że nie wiedzieli, że tu jest. Inaczej już ktoś by wyszedł. A dom miał tylko jedno wyjście.
- Kto tu jest, do kurwy nędzy?! – usłyszał męski głos świadczący o tym, że jego właściciel jest wściekły.
Wkradł się ostrożnie na werandę i wszedł do środka, celując przed siebie bronią, by móc strzelić w każdym momencie. Zajrzał po drodze do kuchni i łazienki. Obie były czyste. A na górze nie słyszał żadnych kroków. Ale nadal pozostawał czujny. Zajrzał do salonu i scena, którą zobaczył zmroziła mu krew w żyłach.
Mężczyzna, brunet, trzymał za ramię Iana, by po chwili pchnąć go na podłogę i wymierzyć w niego bronią. Edwarda ogarnęła taka wściekłość, jak jeszcze nigdy w życiu. To był jego syn, którego obiecał sobie chronić. A ten facet właśnie mierzył w niego pistoletem. Chyba każdy rodzic by się wściekł widząc, że ktoś chce skrzywdzić ich dziecko.
Edward zarejestrował, jak Bella podnosi się z podłogi i osłania swoim ciałem trzyletniego chłopca, zanim wcisnął spust. Kula trafiła w pierś mężczyzny, ale nie w serce. Chociaż bardzo chciał go zabić, wolał się upewnić, że spędzi całe swoje życie, gnijąc w więzieniu. Sam tego dopilnuje. Oddał drugi strzał, w kolano. Brunet upadł na podłogę, wypuszczając broń. Odwrócił głowę, nie kryjąc zdziwienia. Detektyw podszedł bliżej i uderzył go w skroń, pozbawiając mężczyzny przytomności.
- Tata! – Ian wyrwał się Belli i wpadł wprost w rozłożone ramiona swojego ojca, który przycisnął go mocno do piersi, zamykając oczy.
Nigdy by sobie nie wybaczył, gdyby małemu stała się jakakolwiek krzywda. A już na pewno, gdyby uznał, że to tylko paranoja i wrócił do miasta. Gdyby tu przyjechał wieczorem, jego życie byłoby skończone. Obejrzał synka dokładnie, ale na szczęście nie miał ani jednego zadrapania. I właśnie w tamtym momencie Edward Cullen pozwolił sobie na łzy.
Spojrzał na Bellę, która już nie była w tak dobrym stanie. Była blada jak ściana, a na jej ciele było mnóstwo krwi. Edward sięgnął szybko po telefon, podchodząc do brunetki i trzymając przy sobie cały czas synka, bo połączenie z Tremainem nadal trwało.
- Wezwijcie tutaj karetkę. A najlepiej dwie. Bello czy tylko on tutaj był? – zapytał, przez cały czas zachowując czujność. Dziewczyna pokręciła słabo głową, łapiąc Iana za rękę.
- Wysłałem ludzi, gdy tylko usłyszałem strzał – usłyszał inspektora. – Kto został postrzelony?
- Jakiś mężczyzna. Nie znam go. Ale na pewno nie jest to William Bailey. Jeśli był gdzieś w pobliżu możliwe, że uciekł.
- Nie uciekł – powiedział Nick. – Właśnie po to miałeś do nas przyjechać. Znaleźliśmy Baileya. Nie żyje. 
 Dobry wieczór! Stwierdziłam kilka godzin temu, że MUSZĘ dokończyć rozdział. No i dokończyłam! Nie będę się rozwodziła tutaj długo, bo zrobię to pod następną notką i wiem już, że będzie ona ostatnia. Myślałam, że jeszcze jeden rozdział się pojawi, ale nie. Następny będzie już Epilog. Tam się troszkę rozpiszę na temat tego, jak ta historia miała wyglądać. Bo miała wyglądać ZUPEŁNIE inaczej. Ale... szczerze powiedziawszy, jestem zadowolona z tego, jak mi to wyszło. Nie jest idealnie, bo nikt nie robi rzeczy idealnych, ale mimo wszystko nie żałuję, że zboczyłam z toru.

Mrs.Cross 

środa, 23 listopada 2016

23. Diabeł sprzyja złu

Siedział w samochodzie popijając kawę z kafejki znajdującej się za rogiem ulicy, na której się znajdował. Na ekranie komputera znajdowała się mapa, a na niej dwa punkciki. Niebieskim był on, a czerwonym – oddalonym na mapie o jakieś pół centymetra, a w rzeczywistości od stu do dwustu metrów – oznakowany był samochód detektywa Edwarda Cullena.
Nie spodziewał się, że zamontowanie nadajnika w srebrnym volvo okaże się tak banalnie proste. Wystarczyło udać się na podziemny parking szpitala, do którego Edward rano pojechał. Odnalazł auto i akurat kiedy przechodził, upadły mu kluczyki. Bardzo blisko tylnego, prawego koła. Podnosząc klucze, szybko przyczepił mały, prostokątny przedmiot, który pokazywał na mapie gdzie podróżował Cullen.
Detektyw od trzech godzin przebywał w swoim biurze. Eric miał idealny widok na wejście do budynku. Wchodziło do niego i wychodziło naprawdę mnóstwo ludzi, ale Cullena jeszcze nie widział. Może nie był najmłodszy, ale jeszcze nie ślepy. A nawet jeśli przeoczyłby Edwarda, pieszo daleko by się nie udał.
Mercer, albo Horne, nigdy nie miał lekko. Już od wczesnych lat życie postanowiło sobie z niego kpić. Miał trzy czy cztery dni, kiedy kobieta, która nie zasługiwała na miano matki zostawiła go w śmietniku. Tam został znaleziony przez bezdomnego – tak przynajmniej wyczytał w swoich aktach, które dawno zostały zniszczone – po czym został oddany do domu dziecka, skąd uciekł w wieku jedenastu lat. Od tamtej pory był zdany jedynie na siebie i stosował się do powiedzenia „Umiesz liczyć, licz na siebie”. Nikomu nigdy nie zaufał. Nikomu nie powierzył niczego ważnego. Nigdy nie miał żadnego współpracownika, bo jego praca wymagała zaufania do drugiej osoby i nie zamierzał nikogo obdarzać takim przywilejem.
Po raz pierwszy zabił mając piętnaście lat. Jak to się stało? Po prostu musiał się bronić i stało się to zupełnie przypadkowo. Mieszkał na ulicy, a tam co znalazłeś to twoje, chociaż zawsze ci silniejsi mogli ci to zabrać. Musiałeś walczyć o przetrwanie, jak w dziczy. Eric był jedynie chuderlawym, przestraszonym dzieciakiem, któremu cudem udało się przetrwać, kilkanaście razy lądując w szpitalu, z którego oczywiście zawsze uciekał by znów nie trafić do sierocińca. Po ukradzeniu ze sklepu spożywczego dwóch bułek i pitnego jogurty skrył się w ciemnym zaułku pomiędzy śmierdzącymi kontenerami na śmieci. Na własne szczęście i nieszczęście, został znaleziony przez mężczyznę, którego imienia nie znał, ale który zawsze go prześladował i posyłał często na urazówkę. Trzynastolatek przypadkowo zobaczył pod jednym z kontenerów metalową, metrową rurkę. Z wrzaskiem rzucił się na swojego prześladowcę i pod wpływem adrenaliny, strachu i wściekłości zaczął go okładać wszędzie gdzie się dało.
I to Ericowi zaczęło się bardzo podobać. Krzyki jego niedoszłego oprawcy, cała zadrwiona i napuchnięta od ciosów twarz. A potem to nieobecne, puste spojrzenie. W tamtej chwili, gdy stał nad zwłokami swojej pierwszej ofiary poczuł, że coś się w jego życiu zmieniło. Jakiś w włącznik  w jego głowię się przełączył. Kiedy tak stał nad ciałem, nie żałował tego co zrobił. Cieszył wzrok złem, które wyrządził.
Tak też mu zostało. Zabijał z czystą przyjemnością, czasami bez najmniejszego powodu. Robił to, bo dawało mu to radość. Było to jego hobby i nigdy nie poczuł czegoś takiego jak wyrzuty sumienia. To było mu nieznane, obce uczucie. Każde morderstwo dodawało mu swego rodzaju siły. Czuł się potężny i niezniszczalny. Do tego zbił na tym mnóstwo forsy zabijając na zlecenia, albo zabijając bogatych gości dla rozrywki. Już nigdy więcej nie dał sobą pomiatać, nigdy więcej nie poczuł się gorszy czy słabszy. To on zawsze kontrolował sytuacje, a dodatkowo wszystko dokładnie miał rozplanowane. Dbał o każdy szczegół, by nie został złapany. I nigdy nie popełnił żadnego błędu.
Aż do sprawy z tą pierdoloną brunetką.
To wszystko przez to, że nie dostał do końca prawidłowych informacji i musiał zdać się na spontaniczne działanie, bez wcześniejszych dokładnych analiz. No i takim oto sposobem brunetka jakimś cudem przeżyła. Zamierzał to naprawić. W głowie zrodził mu się idealny plan, który po prostu nie mógł się nie powieść. Może jednak nie wyszedł z wprawy, jak sądził jeszcze niedawno. W końcu nawet najlepsi mogą się pomylić. Nie ma przecież ludzi nieomylnych i wszystko potrafiących. Po kilkudziesięciu latach praktykowania zabójstw mógł popełnić błąd. W pierwszej chwili zdecydował się uciec, owszem. Obiecał sobie, że nie da się nigdy złapać. A gdyby został, to kto wie? Może jego zleceniodawca by go znalazł, albo dziewczyna wskazała go jako winnego?
To już było nieistotne. Najważniejsze było to, że zdecydował się wrócić i dokończyć to, co zaczął. W ten sposób zapewni sobie także spokój ducha. Tyle, że nie zamierzał sobie pozwolić na kolejne potknięcie. Dlatego wszystko sobie idealnie rozplanował i przemyślał swoje działania krok po kroku, analizując wszelkie dostępne możliwości. Będzie działał powoli i cierpliwie. Nie było nawet opcji, by jego plan się nie powiódł. Musiał. Po prostu.
Detektyw raczej nie powinien być większym problemem. Chyba, że ta kretynka przebywa w jego domu, wtedy będzie problem. Dowiedzenie się gdzie znajduje się posiadłość Cullena nie było wcale trudne. Wystarczyło porozmawiać z kim trzeba, zapłacić ile trzeba i ewentualnie przystawić lufę do skroni. Ale to ostatnie okazało się być niepotrzebne. Jedna babka okazała się być bardzo użyteczna, gdy dostała w kopercie dziesięć tysięcy dolarów i po kilku minutach na żółtej karteczce dostał to, czego chciał.
Z samego rana pojechał pod adres z kartki. Cała posiadłość ogrodzona. Żadnego drzewa, po którym można by było się wspiąć i przeskoczyć na drugą stronę. Brama na jakiś pierdolony pin. Podejrzewał również monitoring i być może czujniki ruchu. Nie zdziwiłby się nawet, gdyby ogrodzenie okazało się być pod wysokim napięciem. Jak w jakimś więzieniu. Ten gość był przewrażliwiony na punkcie swojego bezpieczeństwa. Albo tego smarkacza, dzięki któremu dowiedział się o Isabelli Jebanej Marie Swan. Tak więc jeśli ta kurwa się tam znajdowała, będzie miał ciężko. Ale zawsze może poczekać aż wydostanie się na zewnątrz – w końcu kiedyś będzie musiała, prawda?
Najpierw musiał poznać miejsce jej pobytu. Może Cullen wcale nie chował jej w swoim domu. Cierpliwości i powoli. Wszystko się wyjaśni, wtedy znów przemyśli i przeanalizuje różne działania. Nie zamierzał znów zjebać sprawy. Pewnym punktem każdej alternatywy było to, że zaatakuje kiedy detektywa nie będzie w pobliżu. Na pewno jest uzbrojony, więc będzie groźnym przeciwnikiem.
Było przed szesnastą, kiedy usłyszał ciche pikanie z laptopa i po kilku chwilach zobaczył srebrne volvo włączające się do ruchu. Eric wcale się nie śpieszył. W końcu miał podgląd gdzie Cullen się wybiera. Bo gdyby jechał nawet w odległości kilku metrów, by ciągle obserwować srebrny samochód, Edward jest w końcu detektywem więc to pewne, że zorientowałby się, że ma ogon. Z opinii w Internecie wyczytał, że wcale głąbem nie jest, więc należało zachować zwielokrotnioną ostrożność.
Odpalił wypożyczony na fałszywe nazwisko samochód po odliczeniu do dwudziestu i odstawił swój kubek z kawą, po czym powoli włączył się do ruchu. Nowy Jork jak zawsze i o każdej porze tętnił ruchem. W takich warunkach by nie zgubić swojego obiektu, musiałby się trzymać go naprawdę bardzo, bardzo blisko. A tak nie musiał go nawet widzieć w rzeczywistości, bo miał dokładny podgląd na laptopie. Oczywiście miał do niego kilka baterii zapasowych, bo nie wiedział jak dużo czasu będzie potrzebował, a na pełnej baterii jego laptop pracował od dwóch do trzech godzin. Chodzenie po knajpach i szukanie kontaktu, po czym siedzenie i czekanie aż bateria się uzupełni, nie było dobrym wyjściem.
Jechał powoli, podążając za Cullenem w odległości kilometra. Szybko się zorientował, że to jest ta droga, gdzie detektyw pojechał zaraz po opuszczeniu swojego domu. Tak więc Eric nie zamierzał ryzykować ujawnieniem się i wstąpił do zapyziałej kawiarenki, by zamówić sobie kawę. Potrzebował kolejnej dawki kofeiny, od której swoją drogą ostatnimi czasy zdołał się już uzależnić. Stojąc w kolejce i czekając na swoje zamówienie, przez cały czas miał podgląd na mapę, tym razem w swoim telefonie.
Technologia bardzo się rozwinęła przez te lata, jednocześnie ułatwiając mu pracę. A także innym przestępcom. Niby wszystko miało iść dla dobra społeczeństwa, ale w końcu wszystko ma swoje plusy i minusy. Choć o tych drugich nigdy nie jest głośno mówione, by nie spadły statystyki sprzedaży.
Czekał godzinę, zanim zobaczył, że czerwona kropeczka na mapie się przemieszcza. Dlatego też wrócił do samochodu, gdzie zapalił papierosa i wpatrywał się w drogę, aż w końcu zobaczył srebrne volvo z przyciemnianymi szybami. Dwie kropki, niebieska i czerwona naszły na siebie, by po chwili zaczęły się od siebie oddalać. Eric wypalił w spokoju papierosa, wyrzucił niedopałek przez szybę i wyjechał na drogę, ruszając śladem Edwarda Cullena.
Z początku myślał, że będą jechać do jego posiadłości, ale mile się zaskoczył, gdy czerwona kropka skręciła w przeciwnym kierunku. Oczywiście mógł jechać wszędzie, ale Mercer i tak się nie wycofał. Cierpliwość, powtórzył w myślach, wrzucając piąty bieg i docisnął pedał gazu. Naturalnie na ulicy nigdzie nie widział samochodu, za którym jechał, ale na szczęście sygnał był wystarczająco silny. Jednak trzymał się odległości dwóch kilometrów, nie chcąc sprawdzać jak daleko sięga zasięg nadajnika. Jak to się mówiło: przezorny zawsze ubezpieczony.
Po przejechaniu czterdziestu pięciu kilometrów Eric zauważył, że czerwona kropka się zatrzymała dwa kilometry od miejsca, w którym on się aktualnie znajdował. Nie chcąc ryzykować, zrobił jakieś pięćset metrów, wjechał na bardzo wyboistą drogę i zatrzymał samochód obok jakiejś chatki. Kiedy włączył podgląd satelitarny, zobaczył jezioro i jakąś chatkę, którą otaczały hektary lasu. Albo stodołę. Nie mógł określić, bo obraz nie był wyraźny. Takich okolic nie aktualizują na mapach, niestety. Tak więc co Cullen tam robił? Pozostawała mu tylko jedna opcja.
Zebrał cały sprzęt do sportowej torby, nie dbając o to czy cokolwiek się popsuje. Uruchomił podgląd na telefonie, zostawił kluczyki na siedzeniu i zatrzasnął drzwi. Nie było opcji, żeby znaleźli jakiekolwiek odciski czy jakieś inne dowody, na przykład DNA. Zawsze dbał o takie rzeczy. Samochód także był wynajęty na fałszywe nazwisko. Zapłacił, a gdy ktoś zgłosi porzucony samochód, zostanie on oddany do wypożyczalni. Proste? Proste.
Zniknął za linią drzew, trzymając na ramieniu torbę. Sprawiała mu ciężar, ale na razie nie zamierzał porzucać sprzętu, bo zawsze mógł mu się przydać, a gdyby go tu zostawił i przyszłoby mu po niego wracać, straciłby za dużo czasu. Podążał w kierunku czerwonej kropki, oddalonej od niego w rzeczywistości o niecałe dwa kilometry, a na telefonie jedynie parę centymetrów. Przez cały ten czas trzymał się blisko drogi, którą jechał Cullen. W ten sposób będzie widział czy ktoś nie jedzie drogą – ale nikt nie będzie widział jego. Może detektyw miał tam umówione spotkanie? Było sporo możliwości, każda prawdopodobna. Na przykład właśnie tam mogła być ta pierdolona Swanówna. A jeśli tak… szczęście zdecydowanie będzie mu sprzyjało.
W końcu zobaczył drewniany domek nad jeziorem. Stanął w bezpiecznej odległości i przykucnął na ziemi. Nie potrzebował lornetki, choć znajdowała się w torbie. Widział wszystko dokładnie, bo znajdował się w miejscu, z którego było idealnie widać wejście do budynku, jezioro i drewniany pomost, a także srebrne volvo detektywa. Chatka idealna dla szczęśliwej rodzinki, pomyślał z ironią. Na dworze nie było nikogo, a nie chciał zbliżać się zbyt blisko. W ostateczności skorzysta z lornetki, ale przecież ktoś kiedyś wyjść stamtąd będzie musiał. Chyba, że Cullen przyjechał do niedoszłej ofiary Mercera i spędzają ze sobą upojne chwile na ostrym bzykanku. W końcu ta suka była niezłą sztuką i Eric sam się zastanawiał czy jej nie puknąć, zanim pozbawi ją życia. Z wielkim żalem zrezygnował twierdząc, że czas na przyjemności będzie miał później.
Usłyszał niewyraźny krzyk i wtedy zobaczył, jak na werandę ktoś wychodzi. Była to młoda kobieta o długich, brązowych włosach. Była niska i szczupła, ubrana w ciemne dżinsy i bordową koszulkę. Rozejrzała się z uśmiechem i zeszła po schodkach, po czym ruszyła w stronę pomostu. Eric wyjął lornetkę i kiedy jej użył, zyskał stu procentową pewność, że to właśnie ona. Jego niedoszła i przyszła ofiara. Kto by pomyślał, że wpadnie w ręce Cullena? Ale już niedługo go od niej uwolni. Schował lornetkę i wyjął zza paska spodni czarny pistolet z tłumikiem.
Nie, nie był taki głupi by teraz strzelić do tej laski. Oczywiście mógłby. Jeden trafny i cichy strzał. W najlepszym przypadku wpadłaby do wody. Detektywa też mógłby załatwić, ale gdyby zabił kogoś takiego, zaczęłoby się tylko niepotrzebne zamieszanie wokół niego. Wolał zaczekać aż Cullen sobie pojedzie i wtedy wszystko załatwi. Gorzej, jeśli będzie chciał zabrać Isabellę ze sobą. Wtedy Eric będzie musiał pozbyć się ich obojga.
Ale najwyraźniej szczęście mu sprzyjało, bo mężczyzna wyszedł z domu i dołączył do dziewczyny. Przez chwilę normalnie rozmawiali, a potem Cullen ją objął i pocałował. No proszę, a jednak ich do siebie ciągnęło. Może tak mu się odpłaca? On jej daje schronienie, a ona się z nim bzyka. W końcu zanim ją zabił miał wszelkie dane gdzie mieszka i osoby, z którymi mogłaby być powiązana – ten dom na pewno nie był na liście. Wszystkie kobiety były kurwami i sprzedałyby się gdyby tylko to ochroniło im życie.
Szczytem bezczelności byłoby przelecenie tej małolaty, a potem wysłanie zdjęcia do detektywa. Jego mina na pewno nie wyrażałaby zadowolenia. Eric mógłby zmusić ją nawet do tego, by zrobiła mu laskę, ale wolał to jednak załatwić szybko. Już i tak napsuła mu wystarczająco nerwów i im szybciej wyśle ją na drugi świat, tym lepiej dla niego.
Obserwował jak Bella odprowadza mężczyznę do samochodu. Ten całuje ją jeszcze raz, a potem wsiada do swojego samochodu i odjeżdża. Cudownie. Diabeł był po jego stronie i postanowił mu niczego nie utrudniać.
Odczekał jeszcze kilka minut i w końcu wyszedł ze swojej kryjówki, zostawiając torbę ze sprzętem na jednym z drzew. Naładował broń i zaczął się skradać, gotowy w każdej chwili oddać strzał. Zachował czujność, poruszając się cicho jak kot. Wszedł cicho po schodach werandy, które nie wydały żadnego skrzypnięcia w ramach protestu. Przycisnął plecy do ściany i powoli zajrzał przez okno do kuchni. Dziewczyna stała tyłem do niego. Mógłby strzelić w tamtej chwili. Kula przebiłaby okno i trafiła w tył głowy, ale zanim strzeli, chciał spojrzeć jej w oczy. Widzieć, jak uchodzi z nich życie.
Wyprostował się i zapukał do drzwi, trzymając broń przy udzie. Pistolet był jak przedłużenie jego ręki i każdemu dodawał pewności siebie. Usłyszał kroki po drugiej stronie, a potem brzdęk przekręcanego zamka. Uśmiechnął się szeroko, kiedy drzwi zaczęły się powoli otwierać.
- Zapomniałeś cze… – Uśmiech z twarzy brunetki gwałtownie zniknął.
Najwyraźniej spodziewała się, że jej wybawiciel wrócił. No cóż, nie każdemu życie sprzyjało. Widział cień przemykający przez jej bladą twarz i to, jak mocniej zaciska palce na framudze drzwi oraz napina mięśnie ramion. Widział strach w jej oczach, co bardzo, ale to bardzo mu się spodobało. Właśnie tego oczekiwał.
- W czym mogę panu pomóc? – zapytała ostrożnie i kolejnym, co nie uszło jego uwagi było to, że o kilka centymetrów zmniejszyła otwór w drzwiach.
- Pamiętasz mnie, Isabello? – zapytał, sycząc jej imię przez zaciśnięte zęby. W tym samym momencie wyciągnął przed siebie broń, celując prosto między jej czekoladowe oczy.

Dobry wieczór! Jejku, w końcu się zabrałam za ten rozdział. Powstał tak szybko, bo... nie będę oszukiwała – w połowie z winy mojego lenistwa. Gdy zabrałam się za rozdział, zajął mi on dwa dni. A wszystko dlatego, że pierwszego dnia zaczęłam go pisać naprawdę bardzo późną porą. Jeśli mam być szczera – jestem zadowolona z efektu. Gdy zaczęłam go pisać, wiedziałam jak powinien wyglądać i jaki ma być koniec. I wszystko wyszło tak, jak tego chciałam. Nie ukrywam też, że już niedługo amnesia-life dobiegnie końca. Na koniec zapraszam jeszcze na mojego drugiego bloga: Oblicze-prawdy!

Pozdrawiam,
Mrs.Cross!

środa, 10 sierpnia 2016

22. Cierpliwość popłaca

- Naprawdę nic nie pamiętam – powiedziała głosem, który delikatnie zadrżał ze strachu.
Nie pamiętała Williama Baileya. Ani to nazwisko, ani jego wygląd nic jej nie mówiły. Wysłuchała wszystkiego o tym człowieku, czego dowiedział się Edward, ale nadal w jej głowie była czarna dziura zamiast wspomnieć, niestety. Teraz naprawdę chciała sobie przypomnieć wszystko, bez względu na konsekwencje.
Bała się. Zadawała się z człowiekiem o kryminalnej przeszłości. Nie wiedziała nawet w jakim celu się z tym kimś zadawała. Edward miał ją w garści, ale nie bała się tego, że pójdzie do więzienia. Nie chciała by Edward zwróciłby się przeciwko niej. Znaczył dla niej wiele niż powinien, zważywszy na to, że tak krótko się znali. Ale był jedyną osobą, która przy niej była.
- W porządku. – Usłyszała jego głos i poczuła jego silne ramiona, obejmujące ją od tyłu. – O nic cię nie oskarżam, Bello. Bynajmniej. Nie bój się, dobrze?
- Skąd wiesz, że się boję? – zapytała cichutkim głosem, wtulając się plecami w jego tors.
Czyżby czytał jej w myślach? Nie, nie, nie. Takie rzeczy nie dzieją się w rzeczywistości. Więc skąd wiedział, że towarzyszył jej strach?
- Jesteś strasznie spięta, Bello – powiedział i odwrócił ją w swoją stronę. Pochylił się, patrząc jej w oczy. – Wierzę ci, jasne? Cokolwiek się działo, jakoś do wszystkiego dojdziemy. A może coś ci się przypomni.
Pogłaskał jej po policzku. Zaufanie było dla niego czymś trudnym, ale tej dziewczynie wierzył. Naprawdę jej wierzył.
- Dziękuję. To wiele dla mnie znaczy.
Uśmiechnęła się delikatnie i nie panując nad swoimi czynami, stanęła na palcach i go pocałowała. Uznała, że skoro on to robił wcześniej, ona też ma do tego prawo. I fakt, że Edward oddał pocałunek, tylko utwierdził ją w przekonaniu, że słusznie myślała. Jednak to on się odsunął pierwszy, nie wypuszczając jej ze swoich ramion.
- Zadzwonię do twojej przyjaciółki, bo na pewno się o ciebie martwi. Powiem jej o wszystkim i też o tym, że chwilowo nie jesteś gotowa na spotkanie z nią, zgoda? – Pogłaskał jej policzek i pocałował ją w czoło, gdy w odpowiedzi skinęła twierdząco głową. – Świetnie. A teraz wracajmy do środka.
Złapał ją za rękę. Nie wiedział co między nimi było, ale cokolwiek to było, podobało mu się. Nawet bardzo. Teraz zapewnienie jej bezpieczeństwa było dla niego jeszcze ważniejsze. Nie wiedział czy się w niej zakochał. Było zbyt szybko by mógł to stwierdzić. Miłość nie jest czymś, co przychodzi szybko. Potrzeba na to czasu i cierpliwości.
- Edward, mogę zadać ci pytanie? – Bella spojrzała na niego, gdy zbliżali się do drewnianego domku.
Zatrzymał się zaciekawiony i skinął głową, dając jej tym samym pozwolenie. Jej policzki zalały różowe rumieńce i musiał przyznać, że wyglądała bardzo uroczo. Do tego delikatne piegi na nosku tylko to wzmagały.
- Nie chcę zabrzmieć na wścibską i jeśli nie chcesz to nie mów, ale... Co się stało z matką Iana?
Zauważyła, jak jego mięśnie sztywnieją i już żałowała, że w ogóle zadała to pytanie. Szczególnie gdy wypuścił jej dłoń i oparł się o maskę swojego volvo, nawet na nią nie patrząc. Założył ramiona na piersi, a nogi skrzyżował w kostkach. Jakby się blokował. Przed czym? Przed nią?
Minęło kilka długich minut, podczas których jej żołądek związał się w jeden wielki supeł. Przestępowała z nogi na nogę, nie wiedząc jak ma się zachować. Już otwierała usta, by go przeprosić i jakoś zmienić temat, ale nie miała okazji, bo w końcu się odezwał.
- Odeszła. Albo raczej to ja wyrzuciłem ją ze swojego życia – mruknął, wreszcie na nią patrząc.
Nie miał w zwyczaju się zwierzać, ale teraz poczuł, że może powinien. Cokolwiek między nimi było, Bella powinna coś na jego temat wiedzieć. Szczególnie, że on zamierzał dowiedzieć się o niej jak najwięcej. Na przykład od Alice Brandon.
- Miała na imię Sara i chciała być piosenkarką. Miała naprawdę cudowny głos. A ja ją kochałem – powiedział, wzruszając ramionami jakby teraz już to nic dla niego nie znaczyło.
Czy rzeczywiście tak było? Może nie, skoro sam ją wyrzucił ze swojego życia. Ale przecież to wcale nie oznacza, że jej nie kocha. Prawda? Zanim zdążyła się ugryźć w język, zadała pytanie, które jej ciążyło:
- Nadal coś do niej czujesz?
Z jego gardła wydobyło się ciche prychnięcie, a usta wykrzywiły się w krzywy uśmiech.
- Jedyne co teraz czuję do tej kobiety to nienawiść. Kochałem ją kiedyś, owszem. Wtedy czułem, że to ta jedyna. Wszystko przepadło gdy powiedziała, że jest w ciąży. – Spojrzał Belli prosto w oczy, a ona odruchowo napięła mięśnie. – Powiedziała, że zostanę ojcem i że zabije to dziecko, bo go nie chce. Chyba właśnie w tamtej chwili ją znienawidziłem.
- Ale... czy przez te miesiące ciąży nie zmieniła zdania?
- Nie. Ale nawet gdyby i tak nie było dla nas szans. I tak odebrałbym jej Iana. Skoro chciała go zabić, nie pozwoliłbym jej wychowywać mojego syna. – Oderwał się od samochodu i wyciągnął do niej rękę, na co bezwiednie się zgodziła, wsuwając swoją dłoń w jego. – Ale to przeszłość, Bello. Choć jej nienawidzę, jestem wdzięczny za to, że dała mi syna. A teraz chodźmy do środka.
Zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, już ją pociągnął do domku, gdzie było znacznie przytulniej niż na zewnątrz. Chyba nawet zbierało się na deszcz i burzę, bo zaczęło się chmurzyć. Kiedy weszli do salonu, Ian siedział na dywanie ze swoim psiakiem, jedząc ciastka. Chłopiec spojrzał na nich z ujmującym uśmiechem i wyciągnął rączkę z połową ciastka, z którego został zlizany lukier w stronę swojego taty.
- Cesz?
Edward odsunął się od Belli i kucnął przy synku, patrząc na niego z uniesioną brwią.
- Mam nadzieję, że nie dałeś wcześniej tego ciasta swojemu psu, co? I co mówiliśmy o słodyczach?
- Nie dałem. – Wepchnął tacie ciastko na siłę, co wywołało cichy śmiech u mężczyzny. – I tak nie nasycys na mnie.
Brunetka po cichu usiadła w rogu kanapy, nie odrywając wzroku od Edwarda i jego syna. Zaczęła się też zastanawiać nad tym, co Edward wyznał jej przed domem. Nie rozumiała Sary. Jak można chcieć zabić własne dziecko? Dziecko, które nosiło się pod sercem przez tak długi czas, czuło się jego ruchy? Choć miała dwadzieścia lat (a tak powiedział Edward i mu wierzyła) i na dzieci zdecydowanie miała jeszcze czas, nie potrafiłaby posunąć się do zabójstwa. A przynajmniej teraz, bo nie wiedziała jaka była dawniej.
- Bella! – Z rozmyślań wyrwał ją głos chłopca, który stał obok niej z wyciągniętą rączką, w której ściskał ciasto. – Cymaj.
- Gwarantuje, że tego też pies nie jadł. – Młody detektyw się zaśmiał, zlizując z warg okruszki ciasteczka.
Odebrała od chłopca podarunek, dziękując cicho. Jej twarz ozdobił delikatny uśmiech. Nie wiedziała czym sobie zasłużyła, aby w jej życie weszło tych dwóch Cullenów, ale nie chciała by to się zmieniło. Chociaż jeśli dobrze by się zastanowić, to ona weszła w ich życie. I zrobi wszystko, by w nim zostać.
~*~
- Edward Cullen?
Dźwięczny głos zmusił go do tego, by unieść wzrok i odstawić kubek z parującą kawą. Kolejną zresztą. Przed nim stała niska i drobna kobieta, która na pewno nie wyglądała na swoje dwadzieścia dwa lata. Jej drobna postura i elfia buzia przywodziły na myśl raczej nastolatkę, a nie kobietę. Brązowe włosy spływały jej falami na ramiona i plecy. Szybkim ruchem zdjęła okulary i wsunęła je na głowę, siadając naprzeciwko detektywa.
- Gdy pan zadzwonił, wyszukałam pana w Google. Musiałam wiedzieć, czy nie zostałam oszukana – wyjaśniła, przywołując kelnera.
Edward nic nie powiedział Belli o tym spotkaniu. Ona wiedziała o rozmowie, ale skłamał, że będą rozmawiać telefonicznie. I tak rzeczywiście miało być, ale w ostatniej chwili zmienił zdanie i zdecydował spotkać się z kobietą osobiście. Na szczęście mieszkała w Nowym Jorku i znalazła dla niego czas. Choć podejrzewał, że jeśli jest prawdziwą przyjaciółką Belli, rzuciłaby wszystko i przyjechała tak czy tak.
Zadzwonił do niej tego samego dnia, gdy rozmawiał z Bellą. Zrobił to jednak dopiero wieczorem, gdy wrócił z synkiem do domu. Niestety, nikt nie odbierał. Na szczęście dziewczyna oddzwoniła do niego następnego dnia przed południem i umówili się o siedemnastej w kawiarni.
- Jak pani widzi, nie okłamałem pani.
- Wiem, wiem. I proszę mówić mi po imieniu. – Miała dodać coś jeszcze, ale przyszedł kelner. Złożyła zamówienie i odczekała kilka minut aż młody chłopak odejdzie. – Wie pan coś o Belli, tak? Czytałam różne opinie na pana temat w internecie. Podobno jest pan dobry w swoim zawodzie.
- Staram się, panno Brandon. I tak, wiem coś na temat Belli. Ale skąd mogę wiedzieć, że mogę pani zaufać?
Brunetka nie wyglądała ani przez chwilę na zbitą z tropu czy zakłopotaną. Patrzyła na niego z pewnością siebie. W końcu się uśmiechnęła i oparła na krześle, krzyżując ramiona. Zwilżyła wargi językiem, mierząc swojego rozmówce wzrokiem.
- Ma pan rację. Nie może pan. Po prostu pan musi. – Wzruszyła drobnymi ramionami.
Detektyw musiał przyznać w duchu, że polubił tę chochlikowatą dziewczynkę. Nie dało jej się do tego tak łatwo zbić z tropu. To mu się podobało.
Dziewczyna otrzymała swoją kawę latte, więc znów przestali rozmawiać. Obdarzyła kelnera słodkim, dziewczęcym uśmiechem, przez co chłopak na moment zapomniał gdzie jest, jak się oddycha i jak się chodzi. Wydukał coś z trudem i wrócił za ladę.
- No więc, jeśliby tak się zastanowić, Edwardzie... ja także nie mam podstaw co do tego, by ci ufać. Nieprawdaż?  – Uniosła dumnie podbródek, robiąc łyk swojego napoju.
Tak, ciekawa z niej była osóbka. Choć szczerze powiedziawszy nie spodziewał się tego po dziewczynie, która studiuje architekturę. Ale w sumie... to sam nie wiedział czego powinien był oczekiwać. Szczególnie, że kobiety są nieprzewidywalnymi istotami. I na pewno niebezpiecznymi. W swoim zawodzie kilka razy się z tym spotkał. Na przykład zwykła, typowa żona potrafiła zadźgać swojego męża z premedytacją, a potem zakopać jego zwłoki w środku lasu.
- Nie mam wyjścia, jak tylko się z tym zgodzić. Wiem, że mieszkasz razem z Bellą.
Brunetka skinęła głową, a z jej twarzy całkowicie zniknął uśmiech. Patrzyła się na niego poważnie, ale nawet z taką miną nie wyglądała na swój wiek.
- Zgadza się. Wprowadziła się do mnie kilka miesięcy po tym, jak się poznałyśmy. Pracowała w kręgielni. Więc mieszkamy ze sobą ponad rok. A w sumie mieszkałyśmy, bo od długiego czasu nie mam z nią żadnego kontaktu. Byłyśmy sobie jak siostry. – Odetchnęła głęboko, przesuwając palcem po krawędzi szklanki. – Byłam nawet na policji, ale zbagatelizowali mnie. Cholerne gnojki. Uznali, że ta wiadomość jest wystarczającym...
- Jaka wiadomość? – przerwał jej wpół słowa.
- Chwileczkę.
Otworzyła torebkę i zaczęła w niej szperać. Wbrew oczekiwaniom Edwarda, stosunkowo szybko znalazła komórkę. Wystarczyło kilka kliknięć i telefon wylądował przed nim na blacie. Alice wskazała na jedną, która miała trzy słowa.

"U mnie ok."

- Znam Bellę. Ona nie napisałaby trzech słów, a potem mnie ignorowała przez tyle czasu! Poza tym już więcej do mnie nie napisała, choć wysłałam jej mnóstwo wiadomości. I jej telefon nie został włączony ani razu. Aż zapełniłam jej skrzyknę, tyle razy się nagrałam. Może uzna mnie pan za paranoiczkę, ale wiem, że coś jest nie tak. Wszystko przez tego faceta.
- Faceta? – Edward zmarszczył brwi, oddając jej urządzenie. Zamierzał chwilę jeszcze z nią porozmawiać, zanim cokolwiek jej zdradzi.
- Tak. Poznałam go. Widziałam go raz, bo natknęłam się na niego i Bellę w jakiejś knajpce. Teraz nie pamiętam jakiej, ale... Ten człowiek od razu wydawał mi się być dziwny. Nie wiem dlaczego mnie nie posłuchała. Wiem, że szła do biblioteki, ale...
Utkwiła spojrzenie w szklance i zanim się odezwała, wzięła kilka łyków kawy. Odchrząknęła cicho, a Edward czekał cierpliwie. Jak powtarzał wiele razy cierpliwość popłaca. Zawsze stosował tę zasadę. Ponaglanie nic nie daje i już kilka razy się o tym przekonał.
- Na pewno tam nie dotarła. Bella znała się z panią Mercy, bibliotekarką. Nie było jej tam. Na pewno się spotkała z tym chłopakiem. Will czy jak mu tam. Nie miałam o niej żadnych wiadomość, aż... aż do pana telefonu. – Spojrzała na detektywa. – Proszę powiedzieć, co pan o niej wie.
Edward sięgnął do teczki i pokazał Alice zdjęcie Williama. Potwierdziła, że to właśnie z nim spotykała się jej przyjaciółka. Detektyw widział, jak przez twarz kobiety przemyka cień niepokoju. Do tego zaczęła się wiercić na krześle. Postanowił więc już dłużej jej nie męczyć.
- Bella jest cała, w mojej posiadłości.
Chochlica wydała cichy krzyk, przyciskając obie dłonie do ust. W jej zielonych oczach zabłyszczały łzy, a z ciała uleciało całe napięcie.
- Boże! Naprawdę?! To cudownie! Zabierze mnie pan do niej? Kiedy mogę ją zobaczyć? Ona kazała panu do mnie zadzwonić, tak? Tylko dlaczego nie zrobiła tego wcześniej? Na pewno wiedziała, że będę się o nią martwiła! Tak samo jak ona martwiłaby się o mnie. I...
- Chwila! – Edward  uniósł rękę, a dziewczyna zamilkła.
Potem zaczął jej wszystko wyjaśniać, a ona słuchała z uwagą i skupieniem. Co chwilę jej oczy się rozszerzały. Na przykład gdy się dowiedziała, że jej przyjaciółka nic nie pamięta. Natomiast gdy powiedział jej o machlojkach Williama, krzyknęła "Wiedziałam!". Potem znów zamilkła i stała się na nowo uważnym słuchaczem. Zaakceptowała nawet to, że Bella nie chce na razie się z nią spotkać.
- Nie jest gotowa, rozumiem. – Alice westchnęła, bawiąc się serwetką. – Ale najważniejsze, że nic jej nie jest. Boże, w końcu będę mogła spokojnie zasnąć. Nawet pan nie wie jaka to ulga. Przez ostatnie dni wariowałam, że coś poważnego jej zrobili. I jak widać moje przeczucia są dobre! – Potrząsnęła głową, a jej brązowe włosy razem z nią.
- Zapewniam, że gdy tylko Bella będzie gotowa się z tobą spotkać, od razu dam ci znać. – Uśmiechnął się i dopił swoją kawę.
- Tak. Dziękuję. – Spojrzała na zegarek i westchnęła ciężko. – Muszę już iść, niestety. Naprawdę... naprawdę bardzo dziękuję za informacje. I proszę do mnie dzwonić w każdej chwili gdyby coś się działo.
- Obiecuję. – Podniósł się, uprzednio kładąc na stole dwudziesto dolarowy banknot. – Ja także dziękuję. I miło było cię poznać, Alice.
- Ciebie też. – Uśmiechnęła się, zbierając swoje rzeczy. – Proszę, uściskaj ją ode mnie.
- Obiecuję – powtórzył, odwzajemniając uśmiech i odprowadził ją do jej samochodu.
Ku jego zaskoczeniu dziewczyna pocałowała go w policzek, a potem wsiadła do auta i odjechała w tylko sobie znanym kierunku.
~*~
Cholera. Coś takiego jak szczęście jednak naprawdę istnieje.
David, czy też Eric, uśmiechnął się przysłuchując się rozmowie detektywa Cullena i jego uroczej znajomej. Miał opuszczać lokal gdy usłyszał to nazwisko. Cullen. Szczęście mu sprzyjało z czego był bardzo zadowolony. I choć para rozmawiała bardzo cicho, usłyszał że Bella znajduje się w posiadłości Cullena. Nie wiedział jednak czy chodziło o jego dom czy o coś innego. Ktoś taki jak ten gnojek pewnie ma więcej niż jeden dom.
Gdy para wyszła z kawiarni, David czekał już na parkingu w swoim wypożyczonym samochodzie. Widział do którego samochodu wsiada śliczniutka dziewczyna, a potem detektyw. Obu z nich numery rejestracyjne zostały zapisane na paragonie z kawiarni.
Śledzenie detektywa raczej nie wchodziło w drogę, więc wyjechał pierwszy. Mógł pojechać albo do swojej kancelarii albo do domu. Zważywszy na porę, wybrał to drugie. Dlatego David sobie odpuścił i wyjechał z parkingu jako pierwszy. Jutro coś z tym zrobi. Już nawet w jego głowie rodził się pewien plan. Jednak miał do czynienia z doświadczonym detektywem – musiał więc uważać na każdy swój ruch i wszystko dobrze zaplanować. Tak też zamierzał zrobić.
Po drodze do hotelu wstąpił do zaufanego sklepu i kupił odpowiedni sprzęt, który już kilka razy użytkował i spisywał się nienagannie.  Będąc już w pokoju, zapakował wszystko do sportowej torby, razem z bronią – naturalnie.
Teraz nie zawiedzie. Skończy z dziewczyną raz na zawsze. Wszystko powoli. Cierpliwie.


Dobry wieczór! Jejku, tyle czasu mnie tu nie było ;c A to wszystko dlatego, że mam Oblicze prawdy (zapraszam!). I nie mogę ukryć, że w moim życiu prywatnym się trochę namieszało. Nie miałam głowy, po prostu. Ale w końcu jestem z rozdziałem! I szczerze jestem z niego zadowolona – co zdarza się coraz częściej i sama się sobie dziwię. Nie, nie chcę łopatą, Ness! :* Z 23 postaram się szybko przybyć, bo będzie... gorąco. A może nie... Zobaczymy :D
Ściskam,
Mrs.Cross!

poniedziałek, 4 lipca 2016

Informacja

Chyba zwariowałam.
Miałam czekać, wiem - ale nie mogłam. To było zbyt silniejsze i o to bum! Nowy blog już jest.
http://oblicze-prawdy.blogspot.com
Boję się, ale kto nie ryzykuje ten nie ma, prawda? Więc cóż, ryzykuję. Zobaczymy co mi z tego wyjdzie.

Pozdrawiam,
Mrs.Cross! 

sobota, 2 lipca 2016

21. Wszystko ma swój wytyczony cel

Tej nocy nie zmrużył oka nawet przez chwilę. Jego głowę zaprzątało zbyt wiele myśli, które były jak roje pszczół. Próbował sobie wmówić, że to wszystko było zaledwie przypadkiem czy też zbiegiem okoliczności, ale z doświadczenia wiedział, że przypadkowo to się nie dzieje nic. Wszystko ma swój wytyczony cel.
Było już po czwartej, kiedy wyszedł na balkon, trzymając w dłoni szklaneczkę, do połowy napełnioną złotawym płynem, a do tego z lodem. Czy jakby to powiedzieli pesymiści, ze szklaneczką, która w połowie jest pusta. Niebo powoli zaczęło się rozjaśniać, w niektórych domach paliły się już światła, a co chwilę było słychać warkot samochodowego silnika. W końcu to Nowy Jork – miasto, które nigdy nie śpi.
Czuł niepokój, który zaciskał się niczym pięść na jego gardle i sprawiał, że oddychanie stawało się coraz trudniejsze. Chciałby, żeby ten ferment okazał się bezpodstawny i jedynie potwierdzeniem jego zbytniej paranoi. Ale w głębi siebie czuł, że jego przypuszczenia są prawidłowe. Było zbyt dużo punktów, które się ze sobą pokrywały. Zbyt dużo zbiegów okoliczności. Takie rzeczy nie dzieją się naprawdę. Może w książkach czy filmach, ale nie w prawdziwym życiu.
Udało mu się doczekać do szóstej, chociaż to było bardzo trudne. Przez cały czas chodził po domu i zaglądał do pokoju synka. Próbował skupić się nawet na innej sprawie, zdecydowanie mniej ważnej, ale szło mu to bardzo, ale to bardzo marnie. Czuł się bezbronny i nieporadny, co mu się bardzo nie podobało i co zdarzało mu się rzadko. Ostatnim razem czuł się tak w chwili, gdy Sarah Lawson chciała pozbyć się ich dziecka. J e g o dziecka. Ona nie miała do Iana już żadnych praw. Nawet prawa, by na niego patrzeć.
Zadzwonił do Esme, na wstępie przepraszając, że budzi ją o tak wczesnej porze. Czuł wyrzuty sumienia, że tak rano wyciąga ją z łóżka i obiecał sobie, że jej to wynagrodzi. Jednak Esme była jego matką, więc nie była na niego zła i zapewniała, że nic się przecież nie stało. Edward był pewien, że Esme Cullen, to najcudowniejsza kobieta jaką można spotkać w życiu. I zarazem najlepsza matka. Nosiła chęć pomocy i do każdego wyciągała pomocną dłoń. Jeszcze nikogo nie odrzuciła. Nie klasyfikowała ludzi, nie oceniała nikogo po pozorach i Edward był przekonany, że na świecie nie było osoby, której ta kobieta by nienawidziła. Po prostu Esme została pozbawiona uczuć apatii.
Po telefonie do Esme, zadzwonił do Nikka, bo wiedział, że ma teraz służbę i nie będzie budził kolejnej osoby.
– Cullen, czy ty nie możesz spać? – zapytał z nutką rozbawienia w głosie.
– Można tak powiedzieć – mruknął, przygotowując sobie ubrania. – Masz dla mnie te dokumenty?
– Jeszcze nic nie znalazłem. – Razem z tymi słowami zatliło się w nim ziarenko nadziei, że może jednak nie wszystko stracone. – Aż tak bardzo ci na tym zależy?
– Bardziej niż możesz to sobie wyobrazić – mruknął. – Będę u Ciebie za jakieś pół godziny, maks godzinę. Wyszukaj dla mnie w bazach danych dziewczynę, która nazywa się Bella Swan.
– Tak jak ta, której kazałeś mi szukać w odzyskanych dokumentach Baileya? Poza tym możesz to przecież zrobić sam. Masz dostęp do baz danych.
Usłyszał jak pod dom zajeżdża samochód i przez okno zobaczył czarnego Mercedesa Carlislea. Wyszedł z sypialni i ruszył na dół, nadal przyciskając słuchawkę do ucha.
– Na komisariat mam bliżej niż do twojego biura. Zacznij jej szukać, w porządku? Ja zaraz wyjeżdżam. Będę miał u ciebie ogromny dług wdzięczności.
– Na pewno go wykorzystam.
Po tych słowach Edward się rozłączył i otworzył drzwi. Przywitał mamę cmoknięciem w policzek, a ojcu skinął głową i uścisnęli sobie ręce.
– Synku, czy ty masz jakieś kłopoty?
Młody detektyw uśmiechnął się mimowolnie. Właśnie takie były matki. Zawsze się o ciebie martwiły. I zbyt często miały w głowie jedynie czarne scenariusze. Doskonale pamiętał, jak jakieś dwa lata temu w telewizji puszczali nagranie z wypadku, w którym został zmasakrowany szary samochód, a do tego powiedziano, że został ranny p o l i c j a n t. Nie wiadomo było czy z tego wyjdzie – i nie wyszedł, zmarł dwie godziny później. Na nieszczęście Esme to oglądała i od razu pomyślała, że to może być jego samochód, bo s z a r y. Nieważne, że to był Ford a nie Volvo. I nie ważne, że policjant a nie detektyw. Od razu sięgnęła po telefon i zaczęła wydzwaniać do syna, który odebrał DOPIERO po czterech sygnałach. Pierwsze co usłyszał w słuchawce, to szloch matki. Minęło kilka długich minut, zanim zdążył uspokoić kobietę i dać jej do zrozumienia, że jego nie ma nawet na miejscu zdarzenia.
Darował sobie kawę, bo podczas swojej wędrówki po domu wypił już dwie. A obiecał sobie poprawę nad tym aspektem. Cóż... nasze postanowienia nie zawsze są realizowane. Nie on pierwszy i nie ostatni. Chociaż był pewien, że gdy znów ponowi badania, Carlisle i Esme nie dadzą mu spokoju. Zdjął spodnie od piżamy, cisnął je na półkę i ubrał pierwsze co mu wpadło w ręce, czyli zwykłe dżinsy i biały T-shirt z czarnym nadrukiem.
Nowojorczykom bynajmniej nie przeszkadzała wczesna pora i gdy jechał na komisariat, utknął w sporym korku, a na chodnikach ludzie pędzili do pracy czy na zakupy, przeciskając się przez tłumy. Nowy Jork w ciągłym ruchu.
Wszedł do niewielkiego gabinetu Tremaina z biurkiem i mnóstwem szafek zapełnionych segregatorami i aktami z przeróżnych spraw. Na biurku, oprócz laptopa i sterty papierów w kompletnym nieładzie, stała także lampka i oprawiona fotografia jego piętnastoletniej córki, bardzo podobnej do niego. Odziedziczyła po nim kolor włosów i szare oczy. Edward miał okazję kilka razy ją spotkać.
– Aż tak ci śpieszno? – Usłyszał zamiast powitania oraz został obdarzony kpiarskim uśmieszkiem, czego nie skwitował w żaden sposób.
– Znalazłeś coś?  – zapytał, siadając naprzeciw biurka w mało wygodnym fotelu.
Nick zaczął uderzać palcami w klawiaturę i kilka razy kliknął myszką. Gdy skończył, spojrzał na detektywa, opierając się w fotelu i kładąc ręce na podłokietnikach.
– Wpisałem do bazy danych tą całą Bellę Swan i znalazłem tylko jeden wynik. – Odwrócił w jego stronę monitor.

Imię: Bella
Drugie imię: –
Nazwisko: Swan
Data urodzenia: 24 luty 1948r.

Edward ujrzał pulchną kobietę, z twarzą pokrytą zmarszczkami, oraz siwymi włosami, mieszkankę Miami. Z dalszych informacji wyczytał, że została wdową pięć  lat temu i ma dwoje synów. Niekarana. Musiał przyznać sam przed sobą, że ciężar spadł mu z serca, choć uczucie niepokoju nie zniknęło.
– To nie o nią mi chodziło.
– Też tak myślałem. – Kiwnął głową i przekręcił monitor do siebie. Kilka kliknięć myszką i znów utkwił spojrzenie w Cullenie. – Ale tak sobie pomyślałem, że Bella może nie być pełnym imieniem, prawda? Moja żona chciała nazwać naszą córką Isabella... – na tę wzmiankę serce detektywa mocniej zabiło – twierdziła, że Bella będzie ładnym zdrobnieniem. No więc pozwoliłem sobie wprowadzić do bazy także Isabella Swan. Znalazłem pięć wyników.
Tym razem nie odwrócił w jego stronę monitora, a wysunął szufladę i wyjął brązową teczkę, którą mu podał. Edward ze ściśniętym gardłem ją otworzył. Co się ze mną dzieje?! Pierwsza na pewno nie była TĄ Bellą. Miała trzydzieści jeden lat, długie blond włosy, zielone oczy i uczyła matematyki w Filadelfii. Wyszła za mąż za kardiochirurga i mają dwójkę pięcioletnich bliźniaczek. Niekarana. Odłożył kartkę na blat biurka powoli, z wahaniem.
Znów pudło. Dziewczyna na zdjęciu była mieszkanką Nowego Jorku, miała może i dwadzieścia dwa lata, ale wyglądała o wiele gorzej. Karana kilkakrotnie za posiadanie narkotyków. Przyłapana na prostytucji. Wdawała się niejednokrotnie w awantury. Nie. To na pewno nie ona.
Gdy odłożył również tę kartkę na biurko i spojrzał na kolejny wynik wyszukiwania, wstrzymał oddech.

Imię: Isabella
Drugie imię: Marie
Nazwisko: Swan
Data urodzenia: 13 wrzesień 1995r.

I wiele więcej informacji. Jej rodzice zmarli w wypadku samochodowym, gdy dziewczyna miała pięć lat i trafiła do domu dziecka. Gdy z niego wyszła, znalazła pracę w kręgielni, gdzie poznała Mary Alice Brandon i z którą kilka miesięcy później zamieszkała. Studentka prawa. Niekarana.
Teraz już nie było mowy o przypadku. Wszystko stało się jasne. Miała zginąć, bo odkryła czym zajmował się William Bailey. Zdecydowanie musiał ją chronić. Jeśli Will w jakikolwiek sposób dowiedziałby się, że ona jednak żyje, chciałby dokończyć swoją robotę.
– Jak poszukiwania Baileya? – Edward złożył kartkę na cztery i schował ją do tylnej kieszeni dżinsów, czego inspektor w żaden sposób nie skomentował. Zabrał jedynie teczkę i schował ją z powrotem do biurka.
– Wysłaliśmy za nim oddział. Komórka ostatnio była dostępna w miejscu, gdzie mieścił się jego dom. Wiedział dokładnie, jak zniknąć. Ale nie uda mu się. Żyjemy w czasach unowocześnionych. Każdy twój ruch jest śledzony, bo kamery są rozsiane po różnych kątach. Uruchomiliśmy program rozpoznawania twarzy, ale to, niestety, potrwa. Próbowaliśmy od Michaela wyciągnąć jakieś informacje na temat jego ludzi, ale znał jedynie ich imiona. Pokazaliśmy mu jednak te portrety, które zdobyliśmy dzięki Coldwellowi. Potwierdził, że to ludzie od Williama. Już są poszukiwani. Nazywają się...
– Dobra. Zajmijcie się tym. Gdyby coś się działo, gdybym był potrzebny, wiesz gdzie mnie szukać.
Podniósł się i wyszedł bez żadnego pożegnania. Jego głowa była zaprzątnięta Bellą. Wyjął kartkę dopiero w samochodzie i rozłożył ją na kierownicy, przyglądając się fotografii dziewczyny. Pewne siebie spojrzenie, delikatny uśmiech, włosy spływały delikatnymi kaskadami na jej ramiona.
Wyjął telefon i wybrał numer dziewczyny. Ale zważywszy na wczesną porę, postanowił napisać jej wiadomość.

Gdy już wstaniesz, zadzwoń do mnie. Edward.

Do romantyków to on nie należał.
Włączył się do ruchu i kolejne minuty spędził w korku, a wydrukowana kartka leżała na fotelu pasażera. Dochodziła ósma, więc Stacy na pewno nie było jeszcze w pracy. Chociaż... czasami lubiła przychodzić wcześniej, gdy nie mogła spać, bądź gdy coś ją dręczyło. Praca była jej odskocznią. Była niewielka grupa osób, o którą Cullen się troszczył, ale ona na pewno do niej należała.
Bella też.
Jakby na zawołanie, telefon zaczął wibrować. Ruszając powoli za sznurem samochodów, wygrzebał telefon z kieszeni i zobaczył jej imię. Odebrał bez wahania i przełączył na zestaw głośnomówiący.
– Cześć. – Usłyszał jej głos, bynajmniej nie brzmiał tak, jakby co dopiero wstała. – Czy coś się stało, Edwardzie?
– Cześć. Nie – zapewnił pośpiesznie. Dlaczego nie pomyślał, że może ją wystraszyć? – To znaczy tak, ale nic złego, nie powinnaś się o nic martwić. Mam coś co powinno poprawić ci humor.
– Jak to?
– Dowiesz się wszystkiego, gdy do ciebie przyjadę.
– Czyli chciałeś podjudzić moją ciekawość i sprawić, bym czekała do twojego przyjazdu z niecierpliwością?
Uśmiechnął się mimowolnie.
– Właśnie dokładnie taki miałem plan, Bello.
Zamienili jeszcze kilka zdań, potem się pożegnali. Musiał przyznać, że im dłużej znał Belle, czy też Isabelle, tym przyjemniej się im rozmawiało. A nawet coraz lepiej czuli się w swoim towarzystwie. Cieszył się też, że Ian ją polubił. Choć jednocześnie się bał, że Bella z ich życia zniknie na dobre i jego syn w jakiś sposób to przypłaci. W końcu wiadomo, jak łatwo dzieci przywiązują się do ludzi. Szczególnie do tych, którzy są dla nich tak dobrzy, jak Bella dla Iana.
Stacy nie było. Edward nigdy nie przestrzegał ścisłych godzin pracy wobec pracowników. A właściwie pracowniczki. Nie zatrudniał więcej osób, innych detektywów. Nie umiałby powierzyć komuś innemu zdania, które zostało zlecone jemu. Skąd miałby pewność, że dana osoba spełnia wszystkie swoje obowiązki w największym stopniu? Musiałby monitorować każdy jej, bądź jego, ruch. A to by oznaczało, że i tak wykonywałby tyle pracy ile wykonywał teraz.
Miał duże problemy z zaufaniem, to pewne.
Usiadł przed laptopem, który wcześniej wyjął z pokrowca i gdy się włączał, poszedł do niewielkiego aneksu kuchennego, gdzie zaparzył dwie kawy. Dla siebie i swojej sekretarki. Drugi kubek zostawił na biurku Stacy i wrócił do siebie.
Najpierw wydrukował zdjęcie Williama. Chciał je pokazać Belli i sprawdzić, czy sobie go przypomni. Ciekawe, czy go kochała? Ta myśl wydała mu się niepokojąca, ale szybko ją odrzucił. Musiał zająć się pracą. Przede wszystkim. Na koniec wyszukał tą całą Mary Alice.

Imię: Mary
Drugie imię: Alice
Nazwisko: Brandon
Data urodzenia: 05 lipiec 1994r.

Dziewczyna, czy też raczej kobieta, była bardzo ładna. Miała długie, brązowe włosy i nieco chochlikowaty typ urody. Studiowała architekturę na tej samej uczelni co Bella. Edward miał także jej adres oraz numer telefonu. Także informacje, że raz dostała mandat za przekroczenie prędkości.
To także wydrukował i wraz ze zdjęciem Williama schował do teczki. Znalazł na dysku skaner z portretów pamięciowych i z nimi zrobił dokładnie to samo.
– Puk, puk! – Podniósł głowę i zobaczył w drzwiach swoją sekretarkę, asystentkę, przyjaciółkę. Ubrana była w kremową sukienkę, ściśle przylegającą do jej ciała i sięgającą przed kolano, na krótki rękaw, z dekoltem w kształcie serca. – Dzięki za kawę. Mogę na chwilkę?
– Naturalnie. Wchodź. – Odchylił się na krześle, minimalizując wszystkie otwarte programy, pliki i foldery, a w tym samym momencie Stacy zamknęła za sobą drzwi i usiadła w fotelu naprzeciwko niego. – O co chodzi?
Przez chwilę Stacy Brickle siedziała w milczeniu, wpatrując się uparcie w swój kubek z kawą. Wiedziała jednak, że komu jak komu, ale Edwardowi może zaufać i powierzyć każdy sekret. Gdy zginął Gregory w wypadku, Edward bardzo jej pomógł.
– Wiesz, że nadal kocham Grega, prawda?
– Wiem, Stacy. Nie musisz mnie o tym zapewniać. – Posłał jej krzepiący uśmiech. – Spotykasz się z kimś. To chciałaś mi powiedzieć?
– Naprawdę jesteś dobrym detektywem. Tak. Spotykamy się od miesiąca. Nie chciałam mówić, by nie zapeszać no i nie wiedziałam co z tego wyjdzie. Ale wychodzi z tego coś poważnego. On wie o moim mężu. I o tym, że zawsze będzie częścią mojego życia. I jako pierwszy to akceptuje. Wszyscy uciekali gdy usłyszeli, że jestem wdową.
– Stacy, posłuchaj... może nie jestem najlepszym doradcą w sprawach sercowych, bo jakie ja mam na tym polu doświadczenie? Kobieta, z którą kiedyś byłem wypaliła, że chce zabić moje dziecko. Jednak mogę ci szczerze powiedzieć, jak szef i przyjaciel, że jeśli jesteś gotowa, by związać się z kimś na poważnie i jeśli tego chcesz,  to bądź szczęśliwa. Ale jeśli cię skrzywdzi, to go znajdę chociażby na końcu świata.
Napięcie z niej jakby wyparowało i z cichym śmiechem, uniosła ręce ku górze.
– Dobra, już. Dziękuję, Edwardzie. – Obeszła biurko szybkim krokiem i uściskała go mocno. – Idę zająć się pracą.

Było już po czternastej, a on nadal siedział w swoim gabinecie, choć miał się już zbierać, kiedy do środka wszedł Erick Smith. Detektyw zaprosił go gestem ręki by wszedł i usiadł, co też mężczyzna zrobił.
– Chciałem panu podziękować, panie Cullen. – Jego brązowe oczy zalśniły od łez. – Oddał nam pan syna.
– Zrobiłem wszystko co mogłem, panie Smith. Resztą zajmą się już moi koledzy z policji. Oczywiście w razie potrzeby, proszę do mnie dzwonić. A jak on się czuje?
– Och, lepiej, lepiej. Megan codziennie do niego przychodzi. Czasami także jej matka. Strasznie miła kobieta. Przeprosiła nas, chociaż to nie ona zawiniła, a jej cholerny mąż. Policja przesłuchała Davida dziś rano. Powiedział wszystko co wiedział i na pewno będzie sprawa. Już wynająłem dla niego prawnika. Mówił, że jeśli dobrze pójdzie, dostanie jedynie karę w zawieszeniu. W końcu sam jest poszkodowany.
– Najprawdopodobniej tak właśnie będzie. Proszę dać mi znać, kiedy będzie rozprawa i o której godzinie, a przyjdę.

Zatrzymał samochód przed domkiem nad jeziorem. Bella stała na pomoście i słysząc warkot silnika, odwróciła się i pośpiesznie ruszyła w ich stronę. Jej twarz ozdabiał szeroki uśmiech, który dodawał jej jedynie uroku. Nie mogąc się powstrzymać, Edward na przywitanie złożył delikatny pocałunek na jej wargach.
– Co to za niespodzianka? – zapytała podekscytowana i zadowolona z takiego przywitania, biorąc Iana na ręce. – Chodźcie. Zrobiłam ciasto czekoladowe.
Pół minuty później siedzieli przy kuchennym stole, na którym stało ciasto i leżała teczka z dokumentami, które udało mu się znaleźć. Nie wiedział czego może się spodziewać, gdy Bella je zobaczy, dlatego też nastawił się na wszystko.
Co będzie, to będzie.
– Udało mi się dowiedzieć kilku rzeczy na twój temat – powiedział zgodnie z prawdą, a jej oczy zabłysły dziwnym blaskiem, którego nie mógł rozszyfrować i który na pewno nie był ekscytacją. Wyjął kartki i podsunął jej. Zdjęcie Williama i informacje o pannie Brandon nadal leżały w teczce. – Nazywasz się Isabella Marie Swan. I pochodzisz z Nowego Jorku.
Tym razem wyjął informacje na temat jej przyjaciółki i położył przed nią kolejne kartki.
– To twoja przyjaciółka i z nią mieszkasz. Przypominasz sobie? ­– W odpowiedzi pokręciła jedynie głową, ale nic nie powiedziała. – W porządku. Mamy czas. Chciałabyś może się z nią skontaktować? Zadzwonić bądź porozmawiać?
Czekał cierpliwie na odpowiedź, co zajęło dobrych kilka minut. Zerknął na syna, który z szerokim uśmiechem pałaszował ciasto przygotowane przez Bellę. Przez żołądek do serca. Cóż, serce jego syna na pewno zdobyła.
– Ja... nie – odpowiedziała w końcu. – Nie pamiętam jej. Nie jestem gotowa.
Dlaczego poczuł ulgę?
–  W porządku. Nie ma pośpiechu. Przede wszystkim nie możesz czuć się pod presją. Skontaktujesz się z nią dopiero, gdy będziesz się czuła na to gotowa. Dobrze?
– Tak. – Uśmiechnęła się do niego delikatnie. – Dziękuję. Coś jeszcze udało ci się znaleźć?
Pokazał jej zdjęcie Williama Baileya, ale po jej pytającym spojrzeniu domyślił się, że jego także nie pamięta. W sumie to i dobrze.
– Ian, my zaraz wrócimy. Nie zjedz całego ciasta, bo później brzuszek będzie cię bolał.
– Dobse, tato.
– Bello, chodźmy się przejść.
~*~
Korzystając z karty jednorazowego użytku, włożył ją do telefonu. Dał małemu szczylowi dwadzieścia dolców za wyświadczenie przysługi. Ludzie są pazerni i dla kasy zrobią wszystko. Nawet małe gnojki. Stojąc na dachu jakiegoś zatęchłego bloku – na pewno nie tego, w którym mieszkał – wybrał numer, który miał zapisany na karteczce samoprzylepnej. Uruchomił urządzenie modyfikujące głos i wcisnął zieloną słuchawkę. Po czterech sygnałach usłyszał jakiś szmer i w końcu dziecięcy głos:
– Halo?
– Dzień dobry. Czy zastałem pana Cullena?
– Pan Cullen psy telefonie.
Przez chwilę stał zdezorientowany. Czy głos detektywa, który ma dwadzieścia sześć lat, nie powinien brzmieć nieco... doroślej? Nigdzie nie wyszukał informacji, że gość ma dzieciaka. A może też używa modernizatora głosu? Chociaż... wątpliwe.
– Chciałbym rozmawiać z detektywem Edwardem Cullenem. Czy mógłbym go prosić do telefonu?
– A zalesy kto się pyta. Tatuś posedł na dwól s Bellom.
W jego głowie zapaliła się ostrzegawcza lampka. Bella? W końcu Cullen uczestniczył w odkryciu machlojek Williama i jego ojczulka. Czyżby dziewczyna była ich źródłem? Ale nie. Może się mylić. Powoli.
– Isabella Marie Swan? – zaryzykował. A co? I tak go nie namierzą.
– Ano. Coś tatuś wspominał, se tak dziwnie się nasywa. Była poscelona.
Połączenie zostało przerwane. Musiał wrócić. Jasna cholera!

Jestem! Rozdział udało mi się napisać znacznie szybciej niż to podejrzewałam i szczerze powiedziawszy... ja jestem z niego zadowolona. Z długości także. Pisało mi się go naprawdę szybko i dość przyjemnie. Jak już się wzięłam, to poszło. Pewnie dlatego, że wiedziałam też o czym pisać i miałam uporządkowane, dzięki pewnej osóbce, która jest dla mnie wsparciem.

Chciałam wam podziękować za komentarze pod poprzednią notką. Postaram się dodać rozdział najszybciej jak będzie to możliwe, ale wszystko w tym przypadku zależy od czasu. Pracuję też nad nowym blogiem i jemu także muszę poświęcić swoją uwagę. Mam nadzieję, że to co dla was szykuję, wam się spodoba.

Pozdrawiam,
Mrs.Cross!